Texts

Rozszywanie płci.

Fotografie Moniki Kokoszyńskiej  


Tekst: Dagmara Rode


Kiedy zaczynałam pisać niniejszy tekst, przez media właśnie przelewała się pierwsza (bo zapewne nie ostatnia) fala zdumienia, zgorszenia i oburzenia wywołanego tym, że posłanką na Sejm RP została osoba transseksualna. Owo zamieszanie wywołały nie poglądy polityczne Anny Grodzkiej czy program jej, bądź ugrupowania, z list którego startowała – ale to, że ujawniła fakt zmiany płci, podważyła ów święty dla wielu binaryzm, który stanowi niezbywalną i zdawałoby się niezmienną podstawę tożsamości. Nieskrywana niechęć, bijąca z komentarzy, pozwala zgadywać, że moment, w którym płeć traci status stabilnego określenia, niektórym jawi się jako śmiertelne zagrożenie dla uporządkowania świata, który przestanie być bezpiecznym i zrozumiałym miejscem. Owym momentem, wywracającym na nice dotychczasowy porządek, nie jest jednak chwila, w której zmiana okazuje się możliwa, a ta, w której zaczynamy o niej mówić, wprowadzamy w przestrzeń publiczną, kiedy nieoczywiste stają się utarte kategorie, kiedy wreszcie ujawnia się, że to, w co wierzyliśmy, to nie zawsze spójna konstrukcja. Tylko dopóki obcy siedzi w szafie, status quo może zostać utrzymane.
Fotografie Moniki Kokoszyńskiej nie zdradzają rewolucyjnych aspiracji, nie są elementem walki politycznej czy kampanii społecznej, wyraźnie zastrzega autorka. Pokazują jednak te same pęknięcia, z którymi spotkać się mogliśmy przy okazji reakcji na wybór Anny Grodzkiej, te same miejsca nadszarpnięcia szwów. Tożsamość – to w tej perspektywie konstrukcja, chybotliwa, niejednoznaczna, zmienna i uszyta z nie zawsze pasujących do siebie materiałów, mówi nam Kokoszyńska.

Kiedy płeć staje się spektaklem

Do pierwszego z prezentowanych cykli, Polish Masters, pozowały dziewczyny z drag kingowej grupy Da Boyz. Drag – to crossdresingowy spektakl, przebieranka, ale też przerysowane odgrywanie ról, które na co dzień pełnimy. Bywało dobrze wydzielonym z codziennego życia elementem teatralnej konwencji, bywało występkiem, zagrożonym najwyższymi karami jako odstępstwo od surowych religijnych zasad. Wydobywa na jaw sztuczność kategorii, w które uparcie się próbujemy wpisać, pokazuje zawodność marzeń o stałej, niezmiennej i raz ustalonej tożsamości. Najczęściej owa dekonstrukcja dotyka płci – która nagle staje się zbiorem znaków, które każdy może przywdziać – zachowań i gestów, które każdy może odegrać. Drag queen i drag king, odpowiednio bardziej kobieca i bardziej męski, niż ktokolwiek z publiczności, oboje nadpruwają szwy, którymi nasze identyfikacje były do tej pory spinane. Drag to zatem gest rebelii (silniejszej bodaj w przypadku drag kings, które z pozycji kobiet, przypisanych przecież przez patriarchat do ról biernych, uległych, odgrywają i rozmontowują męskość dominującą), rebelii wobec narzuconej (hetero)normatywności.
W precyzyjnie zaaranżowanych Polish Masters Kokoszyńska chwyta ową zabawę w przebieranki i męskość in statu nascendi. Pełne pewności siebie pozy, wyzywające gesty, zarost, ciemne okulary i konfrontacyjne, bezczelne spojrzenie – tyle wystarczy, by na potrzeby sesji zdjęciowej odegrać mężczyznę. Może być odziany w dres lub garnitur, ornat lub kamizelkę, rockandrollowy mundurek lub strój roboczy. Może stać obok samochodu, tkwić w zagraconym biurze, siedzieć w pokoju z narodową flagą i konterfektem papieża na ścianie, prężyć się w siłowni czy studiu nagraniowym, rozwalać na kanapie w klubie gogo, albo łagodnie spoglądać z zakrystii. Stereotypowa męskość, jak mówi autorka, panoszy się wszędzie i przybiera różne, choć w gruncie rzeczy podobne, formy. Scenografia jest jednak takim samym patchworkiem jak rola, w którą wpisują się modelki; składa się z wielu pstrokatych elementów, lepiej lub gorzej do siebie przystających. Taką też patchworkową metodą, idealnie oddającą charakter portretowanego zjawiska, pracowała fotografka, montująca fragmenty upozowanych, wystylizowanych zdjęć, by stworzyć jedną, spiętą w całość przestrzeń.
Przestrzeń, co istotne, zamieszkiwaną przez polskiego mężczyznę. Polish Masters to bowiem polskie stereotypy, identyfikacje zbudowane z rekwizytów znalezionych najdalej na sąsiednim podwórku. Flaga wisząca obok Papieża Polaka oddaje to bodaj najlepiej, ale i w innych obrazach można dopatrzeć się tego, co na co dzień widzimy na ulicach. Dziewczyny zatem nie tylko grają męskość – to także męskość po polsku, może nawet polskość, wyznaczana przez dające się wychwycić, przyszpilić i przedrzeźnić składowe, rozpięte między symbolami państwowości a dewocyjnym kiczem. Nie istnieje coś takiego, jak męskość w ogóle; ów wzór zawsze jest uwarunkowany lokalną historią, zwyczajami, dominującą religią, itd.
Warto jeszcze odnotować, że w świecie Polish Masters niepoślednią rolę odgrywają kobiety. Rola ta zdaje się jednak dość fantazmatyczna – mamy plakaty z roznegliżowanymi paniami, kalendarze, cycaty kubek w biurze, malunek na kabinie tira, wreszcie zdjęcie związanej dziewczyny nad kanapą fotografa. Kobieta sprowadzona zostaje tu wyłącznie do epatującego seksualną otwartością i podległością ciała; jej fizyczna obecność ogranicza się przecież do stóp tancerki w klubie gogo, które oplecione są wysoko wokół rury. W tym wszystkim, na jednej ze ścian majaczą fotografie rodzinne, przewrotnie punktując wpisaną w ów świat hipokryzję. Kokoszyńska w ten sposób zdaje się wskazywać podstawowe mechanizmy polskiego patriarchatu, reguły kontraktu płci, którym naznaczone są jednako przestrzeń, jak i konstrukcje tożsamościowe, którymi żyjemy.

Twarzą w twarz z niesamowitym

O ile Polish Masters wyrasta z fascynacji przebieranką, jest próbą rozpoznania, zrozumienia nieznanego terenu, o tyle drugi cykl – Bez tytułu – konfrontuje widza z niemal ascetyczną niesamowitością. Znika radosna feeria, rozbuchanie kolorów i rekwizytów, znika przerysowanie i kicz. Zostają nagie ludzkie ciała; ludzkie, bo przecież nie jednoznacznie męskie czy jednoznacznie kobiece. Patrzą na nas tajemnicze twarze, pozbawione imion, nazwisk, dat urodzenia, jakichkolwiek innych śladów osobistej historii. Nie mamy nawet koła ratunkowego w postaci tytułu bądź choćby podpisu, modele/modelki są anonimowi, pozbawieni kostiumów czy przedmiotów, które mogłyby umieścić ich na mapie społecznych identyfikacji. Nie wiemy, kim są, skąd pochodzą, co robią i co lubią jeść na śniadanie. Mamy tylko ich twarze. Ile z nich wyczytamy, ile w nich zobaczymy – zależy tylko od nas.
Dziesięć portretów, dziesięć postaci, dziesięć zagadek. Żadnych przylepionych uśmiechów, żadnych zalotnych gestów, żadnych pewnych siebie póz – raczej ciekawość, może zagubienie, nieraz otwartość, czasem czająca się w spojrzeniu, głęboko skrywana rozpacz. Twarzy nie zasłania makijaż, policzkom życia nie nadaje róż, warg nie zdobią krzykliwe kolory. Skóra modeli/modelek jest nienaturalnie wręcz jednolita, na jasnym, chłodnym tle ta nienaturalność zostaje dramatycznie spotęgowana, nabiera niepokojącego, wręcz trupiego charakteru. Stąd może bierze się owa niesamowitość, jaką emanują zdjęcia; te portrety wydawać się mogą wydarte życiu także na inny, bardziej dosłowny sposób, niż proste pozbawienie codziennych masek.
Niesamowitość fotografii rodzi pewną niewygodę, odczuwaną tym silniej, im dłużej wpatrujemy się w anonimowe postaci, lustrując ich ufnie wystawione ku nam twarze. Są obce, bowiem nie noszą znaków, dzięki którym możemy je ulokować w jakimś znanym nam kontekście, uczynić znajomymi. Są nagie, i nagość ową, rezygnację z jakiejkolwiek maski, wystawiają na pokaz. Widz nie może uciec w wygodną ocenę, bo brak mu jakichkolwiek wskazówek; mógłby próbować podążyć za śladem permanentnego makijażu albo wyregulowanych brwi, skupić się na fioletowej czapce, ale niedaleko go one doprowadzą. Na pewno nie pozwolą uciec od dostrzeżenia płynności identyfikacji, która – pozbawiona oparcia w znanych nam rekwizytach czy gestach – niepokojąco się na naszych oczach rozmywa. Nie ma już przebieranki, swawolnej gry z doskonale opatrzonymi znakami, jest nieznośna, bo nieokreślona, intymność. Nie ma bezpiecznego estetycznego nadmiaru, kampowego dystansu, głośno wywrzeszczanego nie. Jest cisza.
Swoich bohaterów i bohaterki Kokoszyńska próbuje pokazać takimi, jakimi są, zanim nałożą na siebie warstwy skomplikowanych konstrukcji społecznych person. W pewnym sensie w ten sposób dociera do podobnego punktu, co w pierwszym cyklu – o ile bowiem w Polish Masters pokazuje, jak można wywrotowo zacytować normę, tu wydobywa momenty, które swoim niedookreśleniem owej normie się wymykają, jednocześnie ją kwestionując. Tak drag kings, jak osoby transseksualne/transgenderowe naruszają jakże wryty w powszechną świadomość binaryzm, który każe widzieć w osobach przekraczających granice wyznaczone sztywną normą śmiertelne dla niej zagrożenie. Którym w istocie, przyznać trzeba, są – pokazują bowiem, że można zachwiać hegemonicznością owej normy, że być może nie jest ona tak uniwersalna, tak wszechobowiązująca i tak nienaruszalna, jak chciano by wierzyć.